Znacie to powiedzenie, które w celu zmotywowania się powtarzają wszystkie podjarane nastolatki (i zapewne jacyś lajfstajlowi kołcze)? Nowy rok to książka z pustymi 365 - bądź 366 - stronami. Bla, bla, coś tam o ich zapełnianiu i w ogóle. Zawsze chciałam mówić, że jestem ponad to i takie teksty mnie nie kręcą. I w sumie nic się w tej materii nie zmieniło. To w takim razie czemu wchodząc na bloga widzicie zmianę?
Tak - możecie przygotować się na szybką i krótką dawkę lajfstajlowego shitu w moim wykonaniu. Takie coś też trzeba kiedyś popełnić. Odpowiedź jest prosta, przynajmniej dla mnie. Kiedy człowiek nie ma czasu, siły, a czasami nawet chęci by coś robić,to to porzuca. Tak było z Moją Okładką. Wpadłam w wir innych obowiązków, nie umiałam się zorganizować (co nie znaczy, że teraz potrafię - ale się staram!) a po czternastu godzinach poza domem marzę tylko o tym, żeby iść spać. Moje mieszkanie rzeczywiście wygląda teraz jak studenckie, a krzesło stało się nową szafą. Ale jakoś to znoszę, bo wiem, że sama tego chciałam. Lubię mieć obowiązki. Mimo swoich 21 lat, czuję się czasem... trochę starsza. I dobrze mi z tym. Ale z brakiem czasu wiązał się też obowiązek wyboru - zabrać się za nową książkę Patryka Vegi, która zalega na mojej półce, czy zrobić plan ochrony i szykować się na kolokwium? Bo nawet na studiowanie zaczyna ostatnio brakować mi czasu. Dacie wiarę?
Z racji nowych zobowiązań dużo się ostatnio u mnie dzieje - robię Internety, jeżdżę, bywam i załatwiam. Czytam też, ale na pewno nie są to kolejne strony Mansfield Park. Poszerzam swoje horyzonty, uczę się wielu nowych rzeczy. Co prawda kłóci się to z moją tendencją do przebywania w strefie komfortu, ale to zawsze jakiś krok uczyniony po to, by z niej wyjść. I coraz bardziej mi się to podoba. Mimo, że nie na wszystko mam wpływ (chociaż chwilami bardzo bym chciała).
Nie każda zmiana jest dobra (przynajmniej z początku). Wie to na pewno każda kobieta, która wyjdzie od fryzjera i próbuje nie wybuchnąć płaczem. Ale zmiany są potrzebne. Potrzebne - znaczy dobre. A moja? Okazała się tym czego podświadomie pragnęłam. I wierzę, że będzie dobra tak po prostu. Dlaczego? Nie, nie dlatego, że Stachura napisał:
Nadzieja jest niedobra. Wiara jest dobra. Najlepsza. (...)Chociaż to też. Moja zmiana zaczęła się dlatego, że prowadzę tego bloga. I dlatego teraz chcę, by ten blog zmienił się razem ze mną. Najzwyczajniej w świecie ewoluował w świat chaotycznej, (nie)zorganiozwanej owcy z pierdyliardem zadań. Która liczy na to, że tym razem uda jej się wyskrobać raz na jakiś czas dobry post między kolokwium a kolejnym meczem B klasy. Która nie zapomina tego, jak zaczynała. Której po prostu znowu się chce.
Trzymajcie kciuki, żeby się udało.


Powodzenia córciu. :)
OdpowiedzUsuńDziękuję! <3
UsuńAlbi, trzyma kciuki Anitka :)
OdpowiedzUsuńNa ziomków zestudiów zawsze można liczyć. Dzięki! :D
UsuńZawsze byłaś zorganizowana. Teraz też sobie poradzisz :) dobrze czasami zaglądnąć tutaj, by zobaczyć, że się rozwijasz. Pokaż im, kto rządzi na boisku! Powodzenia.
OdpowiedzUsuńU mnie zorganizowanie to szaleńcze lawirowanie między terminami - ale to też jakaś metoda. :)
Usuń