Chciałam napisać o miłości. Walentynki w końcu wczoraj były. Chciałam wprowadzić się w ten lukrowy, czerwony, serduszkowy klimat. Bo ja też z tych, która jednak czasem lubi te wszystkie urocze, puchate i romantyczne rzeczy. Ale nie zrobię tego, bo za cholerę nie mam na to ochoty. Bo wczoraj z dobrego dnia stał mi się on beznadziejny. I nie pomogły nawet zakupy... Stąd ten szybki, pewnie chaotyczny tekst.
Będąc w to lutowe, wypełnione miłością popołudnie w galerii handlowej patrzyłam na te wszystkie pary. Uśmiechnięte, szczęśliwe, patrzące sobie z uczuciem w oczy i romantycznie wpieprzające jedzenie z McDonald's. I nie, nie chodzi o to, że spacerowałam wtedy samotnie. żeby nie było. Zaczęłam się zastanawiać, czy takie okazje jak walentynki, Boże Narodzenie czy Tłusty Czwartek (dobra, może ten ostatni niekoniecznie. I tak, specjalnie piszę z dużych liter bo to ważna data dla mnie jest) sprawiają, że wymaga się od nas bycia ciągle szczęśliwymi. No bo jak to tak, że facet zabiera kobietę na romantyczną kolację, wręcza jej okazały bukiet a ona jakaś taka nieobecna, wkurzona może nawet? Przecież nie może być, to miał być przecież super wieczór!
Nie no, dobra. Nie zrozumcie mnie źle. Nie ma nic złego w byciu szczęśliwym. Ba, każdy chce być szczęśliwy. Ja też. Ale coraz częściej mam wrażenie, że ludzie gonią za szczęściem i radością; wręcz próbują ją w siebie wmusić. A przecież nie o to chodzi. Kiedy masz zły dzień, to masz zły dzień. Kropka. Kiedy wkurzy Cię psiapsióła - bywa. Kiedy pokłócisz się z dziewczyną. Gdy pies nasika Ci do buta albo gdy zgnoi Cię szef. Masz prawo mieć cały świat we w dupie. Radość i szczęście nie są po to, by były na pokaz.
Zastanawia mnie, w jakim stopniu pogoń za tym, by każdy dzień był najszczęśliwszy na świecie, stała się naszą społeczną... obsesją? Tak, to chyba dość dobre określenie. Szczęście stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Kiedy wpiszemy w Google happiness, znajdziemy przeszło 493 miliony haseł. Sporo, prawda? Najczęściej kojarzymy szczęście z unikaniem bólu, dążeniu do przyjemności, osobistej satysfakcji czy przyjemności zmysłowych. Skupiamy się na tym, co jest dla nas ważne i co możemy kontrolować.
Zastanawia mnie, w jakim stopniu pogoń za tym, by każdy dzień był najszczęśliwszy na świecie, stała się naszą społeczną... obsesją? Tak, to chyba dość dobre określenie. Szczęście stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Kiedy wpiszemy w Google happiness, znajdziemy przeszło 493 miliony haseł. Sporo, prawda? Najczęściej kojarzymy szczęście z unikaniem bólu, dążeniu do przyjemności, osobistej satysfakcji czy przyjemności zmysłowych. Skupiamy się na tym, co jest dla nas ważne i co możemy kontrolować.
Zmiany kulturowe czy ekonomiczne doprowadziły świat do
stanowiska: ludzie mogą być szczęśliwi, więc powinni być szczęśliwi. Pogoń za szczęściem
stała się jakimś świętym Graalem, do którego za wszelką cenę chcemy dotrzeć w naszym życiu. Niektórzy psychologowie twierdzą, że takie
zachowanie może przyczynić się do tego, że będziemy mniej szczęśliwi (o,
ironio). Darrin McMahon, historyk z Florida State University powiedział nawet,
że obsesja bycia szczęśliwym i monitorowanie tego pokazują, że tak naprawdę tacy nie jesteśmy. Dajemy
światu znak, że jesteśmy zaniepokojeni stanem swojego szczęścia (jakkolwiek dziwnie to dla mnie nie brzmi). Dla
Arystotelesa nie było ono uczuciem, ale oceną życia przeżytego dobrze. Teraz ta
tendencja przesunęła się w intensywny sposób do
definiowania szczęścia jako uczucia, emocji; jako tego, co wywołuje
uśmiech na twarzy.
Badania
wykazują, że istnieje prosty (?) sposób zwiększający nasz poziom szczęścia - to
maksymalizacja codziennych, prostych przyjemności i małe radości. One składają
się na pozytywne momenty i pozwalają znaleźć sposoby do tworzenia coraz większej
radości w naszym życiu. Natura jednak wygrywa. Nasze mózgi przyciągają więcej negatywnych doświadczeń niż
tych fajnych i pozytywnych. Tutaj
wchodzą w grę czynniki zewnętrzne i te, których nie możemy kontrolować (na
przykład te, o których wspominałam na początku wpisu).
Wiadomo, są w naszym życiu „dopalacze”: aktywność fizyczna, seks, sen, zabawy ze
zwierzętami, wakacje czy spędzanie czasu
na świeżym powietrzu. To proste rzeczy,
które praktycznie każdy może robić, aby zwiększyć poziom dobrego samopoczucia.
Ale w dążeniu do radości, ludzie często wpadają w pułapkę – robią to w pogoni
za przyjemnościami i uznaniem otoczenia, które według nich przynosi szczęście,
zamiast znaleźć więcej przyjemności w tych doświadczeniach. Konsumpcjonizm i presja otoczenia na pewno
pomagają w tej negatywnej tendencji. No, wyobraźcie sobie – bardziej cieszy Was
to, że przeczytaliście fajną książkę? Czy może to, że wrzuciliście jej zdjęcie
na Instagrama i miało dużo lajków? Marny przykład, wiem (to dlatego, że wg
naukowców im więcej serduszek, tym więcej uwalnia się w nas dopaminy – to zaczyna
działać w złą stronę; konsumpcjonizm i te sprawy). Nie orientowałam się, czy to
rzeczywiście prawda, ale ponoć psychologowie mówią już o nowej przypadłości
społecznej, jaką jest strach przed smutkiem…
Naprawdę, czy tak trudno pojąć jedną, prostą rzecz? To, że
mamy zły dzień nie znaczy, że jesteśmy nieszczęśliwi. To tylko chwila, która
mija jak burza. Można sie załamać każdą pierdołą, wiadomo. Ale po co? Nie lepiej zrobić coś fajnego, ciekawego i się tym cieszyć? Ale tak, cieszyć-cieszyć; nie dlatego że to modne czy opłacalne. Spotkać się z kimś, kogo lubimy i pogadać? Przytulić się? To pomaga na każdy zły dzień. Żeby stał się lepszy. A jeśli mamy dobry dzień, to chyba można to nazywać szczęściem? Że żyjemy, że mamy się dobrze, robimy świetne rzeczy, mamy z kim się tym podzielić? I po prostu - że jest i będzie dobrze?
Na końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli tak nie jest, oznacza to, że to jeszcze nie koniec.
Trzymajcie się ciepło. I szczęśliwie!


gorzej jak ma się zły tydzień , dwa albo trzy.......
OdpowiedzUsuń