Moje pierwsze spotkanie z futbolówką miało miejsce na boisku niedalekiego zespołu szkół ponadgimnazjalnych. Miałam wtedy jakieś pięć lat, i na doczepkę musiałam wychodzić na podwórko ze starszym bratem. Wiadome - nie weźmie mnie to nie wyjdzie, więc się godził, ale ani jednemu, ani drugiemu jakoś się ta perspektywa nie uśmiechała. Pięciolatka w towarzystwie rok czy dwa lata starszych chłopaków to w końcu piekło (tak, tak, rok różnicy to w tym wieku przepaść nie do przeskoczenia). Zabrali mnie na boisko i brakowało im jednej osoby do składu. Zamiast siedzieć na tyłku, zostałam postawiona na bramce z jednym zadaniem: stój tu sobie, bo ktoś musi, a gdyby leciała w Twoją stronę - broń...
Moja historia skończyła się dość dramatycznie (przynajmniej jak na świadomość pięciolatki). Piłka kopnięta z pełną mocą przez chłopaka, którego zawsze na osiedlu się bałam, trafiła mnie prosto w brzuch. Łzy cisną mi się do oczu, ale piłka do siatki nie wpadła. Brat, który chyba pierwszy raz w życiu się o mnie martwił każe mi zejść z boiska, a ja upieram się, że będę stała tu dalej, bo w końcu obroniłam. Znaczy, że jestem dobra. Uśmiechnięta, ze śladami łez na policzkach gram z nimi jeszcze dwie godziny. Niby nic, ale to był chyba pierwszy moment, w którym futbol okazał się być dla mnie czymś więcej niż błazenadą, jaką rodzice oglądają w telewizji. Był wtedy 2000 rok.
Podobne historie zdarzały się na każdym polskim podwórku, co w swojej książce Futbol i cała reszta opisuje Przemysław Rudzki - od ponad trzech dekad związany z futbolówką zastępca redaktora naczelnego w Przeglądzie Sportowym, komentator, dziennikarz, felietonista... Dobra, coś czuję, że tych zajęć można by u niego mnożyć bez końca, więc wracając... Miejsce jego urodzenia, Czeladź - miasto w województwie śląskim, położone obok Sosnowca - staje się również początkiem drogi bohaterów książki po świecie futbolu. No, i całej tej reszty również. Przypadek?
Kilku chłopców początkiem lat 80-tych ubiegłego wieku, w Czeladzi właśnie, poznaje świat futbolu od podstaw. Świat, którego nie rozumieją, ale też taki, który ich do siebie przyciąga. W PRL-owskiej rzeczywistości, gdzie wszystko jest takie samo, piłka staje się dla nich z różnych względów ważna. Marzą o tym, żeby oglądać mecze na wielkich stadionach, ba - żeby na nich kiedyś zagrać. Zgarniać grube miliony za to, że robią to, co kochają. Wyczekują każdych rozgrywek i łakną każdej informacji o swoich idolach z większych i mniejszych boisk na tej planecie. Wiadomo jednak, że nic nie trwa wiecznie. Chłopcy stają się nastolatkami, potem mężczyznami. Zmienia się świat, Czeladź, uczucia i jakość gry reprezentacji. Jest inaczej pod każdym względem, a jednak przez cały ten czas futbol gdzieś tam jest. Czasem - pozornie - nie najważniejszy, ale przez dwie dekady (a zapewne też dużo później) przewijał się w ich życiach bardziej lub mniej.
W tej książce jest trochę każdego z nas. No, przynajmniej tych urodzonych jeszcze wtedy, kiedy było trochę inaczej niż teraz. Tak, wiem... Mam tylko 20 lat, ale pewne rzeczy zawarte w tej powieści mnie nie ominęły. Podwórkowe gry, pierwsze miłości i rozstania, przyjaźnie, szkoła, studia, ciężkie decyzje... Zakładam, że ci, którzy mają obecnie trzydzieści, czterdzieści lat, znaleźliby w niej znacznie więcej ze swojej przeszłości. To znakomita ucieczka do wspomnień, zatraconych marzeń i innej rzeczywistości.
Takiej właśnie, w której dzięki piłce nożnej zawiązywały się wspaniałe przyjaźnie i rodziły konflikty. Która - mimo upływu lat - łączyła wielu ludzi podczas pucharowej środy czy każdego meczu reprezentacji i lokalnych drużyn i zawsze była. Bohaterowie książki Przemka Rudzkiego są tego idealnym przykładem. Przyjaciele z dzieciństwa, na dobre i na złe, których połączył futbol. Czy może być coś piękniejszego? Nie ukrywam, chwilami naprawdę się wzruszałam. Niby taka zwykła opowiastka, a pokazuje co jest w życiu ważne. Bo w końcu
Przemysław Rudzki jako dziennikarz może być postrzegany różnie, ale trzeba przyznać mu jedno - napisał naprawdę dobrą książkę. Po którą - przyznaję - nie sięgnęłabym chyba gdyby nie fakt, że odkąd zaczęłam sędziować szukam więcej książek na temat piłki nożnej. Tutaj jednak ten futbol przewija się w tak subtelny sposób, że nie sposób tego docenić. Nieważne, czy urodziliście się na północy czy południu - przeżycia w PRL-owskim świecie były niemal takie same. Jeśli chcecie powspominać lub poczytać o tamtych czasach - wbrew pozorom nie tak odległych, a dodatkowo lubicie futbol, nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do przeczytania tej książki. Naprawdę warto.
Kilku chłopców początkiem lat 80-tych ubiegłego wieku, w Czeladzi właśnie, poznaje świat futbolu od podstaw. Świat, którego nie rozumieją, ale też taki, który ich do siebie przyciąga. W PRL-owskiej rzeczywistości, gdzie wszystko jest takie samo, piłka staje się dla nich z różnych względów ważna. Marzą o tym, żeby oglądać mecze na wielkich stadionach, ba - żeby na nich kiedyś zagrać. Zgarniać grube miliony za to, że robią to, co kochają. Wyczekują każdych rozgrywek i łakną każdej informacji o swoich idolach z większych i mniejszych boisk na tej planecie. Wiadomo jednak, że nic nie trwa wiecznie. Chłopcy stają się nastolatkami, potem mężczyznami. Zmienia się świat, Czeladź, uczucia i jakość gry reprezentacji. Jest inaczej pod każdym względem, a jednak przez cały ten czas futbol gdzieś tam jest. Czasem - pozornie - nie najważniejszy, ale przez dwie dekady (a zapewne też dużo później) przewijał się w ich życiach bardziej lub mniej.
W tej książce jest trochę każdego z nas. No, przynajmniej tych urodzonych jeszcze wtedy, kiedy było trochę inaczej niż teraz. Tak, wiem... Mam tylko 20 lat, ale pewne rzeczy zawarte w tej powieści mnie nie ominęły. Podwórkowe gry, pierwsze miłości i rozstania, przyjaźnie, szkoła, studia, ciężkie decyzje... Zakładam, że ci, którzy mają obecnie trzydzieści, czterdzieści lat, znaleźliby w niej znacznie więcej ze swojej przeszłości. To znakomita ucieczka do wspomnień, zatraconych marzeń i innej rzeczywistości.
Takiej właśnie, w której dzięki piłce nożnej zawiązywały się wspaniałe przyjaźnie i rodziły konflikty. Która - mimo upływu lat - łączyła wielu ludzi podczas pucharowej środy czy każdego meczu reprezentacji i lokalnych drużyn i zawsze była. Bohaterowie książki Przemka Rudzkiego są tego idealnym przykładem. Przyjaciele z dzieciństwa, na dobre i na złe, których połączył futbol. Czy może być coś piękniejszego? Nie ukrywam, chwilami naprawdę się wzruszałam. Niby taka zwykła opowiastka, a pokazuje co jest w życiu ważne. Bo w końcu
...dobrze jest być wśród kumpli. Niech sobie cały świat myśli, że to rezerwa, ale tak naprawdę w dobrym towarzystwie zawsze czujesz się jak w pierwszym składzie.W wielu chwilach podczas czytania Futbolu... myślałam właśnie o moich przyjaciołach - bo nie jest ważne, czy jesteśmy daleko od siebie. Dalej potrafimy cieszyć się i smucić za drugą osobę, chcieć jej pomóc zawsze i wszędzie. Mimo brutalności tego świata być razem mimo wszystko.
Przemysław Rudzki jako dziennikarz może być postrzegany różnie, ale trzeba przyznać mu jedno - napisał naprawdę dobrą książkę. Po którą - przyznaję - nie sięgnęłabym chyba gdyby nie fakt, że odkąd zaczęłam sędziować szukam więcej książek na temat piłki nożnej. Tutaj jednak ten futbol przewija się w tak subtelny sposób, że nie sposób tego docenić. Nieważne, czy urodziliście się na północy czy południu - przeżycia w PRL-owskim świecie były niemal takie same. Jeśli chcecie powspominać lub poczytać o tamtych czasach - wbrew pozorom nie tak odległych, a dodatkowo lubicie futbol, nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do przeczytania tej książki. Naprawdę warto.


Przyznam, że ja piłką nożną nie interesuje się w ogóle, więc to raczej książka nie dla mnie.
OdpowiedzUsuń