czwartek, 17 marca 2016

63% takie straszne jak je malują?


Ostatnio dużo w mediach mówi się o najnowszych badaniach, z których wynika jasno - 63% Polaków nie przeczytało w 2015 roku ani jednej książki. Badanie zostało sporządzone w listopadzie ubiegłego roku na zlecenie Biblioteki Narodowej na reprezentatywnej ogólnopolskiej próbie 3049 respondentów, którzy ukończyli 15 lat. Wywiady przeprowadzono w domach respondentów, zapisując ich odpowiedzi na przenośnych komputerach. W kwestionariuszu powtórzono pytania z poprzednich lat. Czy naprawdę jest z nami tak źle?

Błędne koło

Na dobrą sprawę warto zacząć od początku - podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina, i rozglądać się coraz szerzej, skupiając się na najbliższym nam otoczeniu. Słowem, na wpajany mi (jak i wszystkim nam zapewne) na lekcji WOSu w liceum proces socjalizacji pierwotnej. Wiele rzeczy, jakie robimy wynosimy z domu. Nawyk czytania również. Zauważcie, że osoby, którym za dzieciaka czytało się bajki do spania, same teraz sięgają po książkę. Molom książkowym łatwiej jest przekazać podobną postawę swojej latorośli, tak samo rodzicom z wykształceniem wyższym i tzw. większymi zasobami kapitału kulturowego. Tylko, że nie oznacza to, że nie można „ukształtować” czytelników w środowisku o niskich zasobach tego kapitału. Wg raportu istotnymi czynnikami są możliwości korzystania z biblioteki, wpływ nauczyciela czy też intensywny trening czytelniczy w postaci czytania lektur szkolnych oraz książek nieobowiązkowych dla własnej, nieskrywanej przyjemności.


Zwróćcie uwagę na powyższy wykres. Skąd bierzemy książki? Pozycja pierwsza i trzecia mówią - od znajomych i z domowych księgozbiorów. To, że wyglądają one tak,jak przedstawia wykres poniższy to już inna kwestia. I składa się na nią wiele czynników; przede wszystkim zarobki i ceny książek. Ale od czego są biblioteki? Warto zauważyć, że odsetek osób korzystających z bibliotek to osoby, które przeczytały ponad siedem książek w roku. To jednak nie jest przedmiotem tego, co chcę powiedzieć, może kiedy indziej... 


Nie ma co twierdzić, że badania są niemiarodajne (chociaż to statystyka, trochę kłamstwa zawsze tu się znajdzie). Osoba czytająca widzi czytających bo stara się wśród nich przebywać. Chyba nawet trochę podświadomie. 9/10 ankietowanych, których najbliżsi nie czytają książek, sami nie czytają. Morał  jest jeden - miejmy w domach jak najwięcej książek. Będziemy przyciągać czytających i sami będziemy czytać. A przynajmniej prawdopodobieństwo takowego procederu zdecydowanie się zwiększy. 

A co później?


Szkoła. Po napisaniu tego słowa od razu pojawił mi się przed oczyma stos lektur, które trzeba było przeczytać. Spójrzmy teraz na środkowy wykres pokazany powyżej. Co widzimy? Z roku na rok zwiększa się odsetek osób, które przestały czytać zaraz po zakończeniu edukacji. Dlaczego? Często wśród uczniów zdarza się, że zatracają pasję do czytania tylko dlatego, że są zmuszani do czytania czegoś, czego nie chcą. Uważam, że klasyki polskiej i światowej literatury omawiane w szkole należy znać, ale czy powinno się często zmuszać do tego uczniów? Sama się czasem nad tym zastanawiam. Owszem, wielu książek nie przeczytałabym, gdybym nie miała bata nad głową, no ale... Często winę ponosi sam system, który nie pozwala uczniom czerpać radości z tego, że czytają, a staje się to dla nich przykrym obowiązkiem. Nie pozwala się też samemu dokonywać interpretacji, czasem całkiem słusznej (czego dowody miałam podczas swojego procesu edukacji), a skupiać się musimy na jedynym słusznym kluczu jaki na pewno istnieje bo zrobili go mądrzejsi od nas. A nawet oni nie zawsze wiedzieli "co autor miał na myśli". Wtedy młody człowiek się blokuje, zaczyna chorować na niechcemisizmmamtowdupizm i inne choroby cywilizacyjne XXI. To nie tylko choroba na czytanie książek, ale przede wszystkim na samodzielne myślenie.


Na studiach sprawa wygląda zupełnie inaczej. Czytam, bo muszę, ale nie skupiam się na Lalce czy Cierpieniach młodego Wertera, ale - przynajmniej w moim przypadku - na Logistycznych aspektach zarządzania kryzysowego czy Stylach myślenia przestępczego. Coś, co czasem przeczytać muszę żeby zdać przedmiot albo przynajmniej zabłysnąć na zajęciach. Może to działać w dwie strony - po czytaniu naukowego bełkotu czuję ukojenie w niezobowiązującej lekturze literatury pięknej czy też brzydszej, jakakolwiek by ona nie była, lub też odwrotnie - po czytaniu tegoż bełkotu mój mózg wysiada i nie chce czytać nic więcej. Idąc tokiem omawianych badań skłaniałabym się ku pierwszej wersji, ponieważ wg nich to osoby z wyższym wykształceniem czytają więcej, ale z drugiej... Chyba po skończeniu studiów trzeba odsapnąć żeby do nas dotarło, że mamy dyplom i mogę poczytać coś innego niż piąty raz rozdział mojej magisterki. Samo studiowanie wymusza też na nas korzystanie z bibliotek, co w jakiś sposób koreluje z wynikami raportu. Książki stricte akademickie są w końcu drogie i - nie oszukujmy się - tylko napalony na wiedzę lub bajecznie bogaty student pozwoliłby sobie na to żeby takowe pozycje kupić. Inna sprawa, że ich nakład jest mniejszy, a co za tym idzie - są trudniej dostępne i korzystanie z bibliotek staje się wtedy koniecznością. Nie, żebym sama nie lubiła z bibliotek korzystać. Każdy wie, że jestem ich wielką fanką, ale od kiedy studiuję, lista wypożyczanych książek wygląda tak:


Jak widać - w czerwonym prostokącie jest tylko jedna książka, której nie wypożyczyłam ażeby zgłębiać swoją wiedzę. Co lepsze - te dziesięć pozycji dotyczą tylko jednego przedmiotu jakim jest kryminologia (jedna sprawa, że chciałam szykować się na konferencję naukową, ale wiecie, przedmiotów podczas semestru mam kilkanaście). Jak w ogóle znaleźć czas na czytanie? Już nie chcę myśleć jak będą wyglądać moje osobiste statystyki czytelnicze kiedy zacznę pełnoetatową pracę (nieważne, że może to być sieć fastfoodów albo kebab) czy zacznę pisać pracę licencjacką. O doktorskiej nawet nie wspominam, bo jeszcze nie te progi. 

Żyjemy w XXI wieku

No dobra - sądzę, że każdy to wie. I sądzę, że zdajecie sobie sprawę tak, jak i ja z tego, że nasze czasy rządzą się swoimi prawami, jeśli mogę to tak ująć. W świecie zorientowanym na rozwój technologii korzystanie z e-booków, audiobooków czy czytanie w sieci nikogo właściwie już nie dziwi. Wyszło na to, że 2/3 ankietowanych korzysta z sieci, osoby starsze - co logiczne - robią to rzadziej. Najczęściej ludzie szukają w tzw. internetach wskazówek i porad, a także informacji wszelakich związanych z nauką czy pracą. Wysoko stoją też czytanie prasy bądź wiadomości i korzystanie z internetowej encyklopedii. Prawie 25% użytkowników internetu czyta blogi - przeważają te o tematyce hobbystycznej, później - te poświęcone ciału, zdrowiu i sportowi (w końcu każdy chce być teraz fit). Blogi społeczno-polityczne czyta tylko jedna piąta respondentów.


Okej, ale co z tego wynika? Zasadniczo jedno - książki nie są jedynym źródłem informacji. Owszem, z reguły są najbardziej rzetelnym z nich (przynajmniej wg moich prowadzących), ale przecież jeśli chcę przeczytać artykuł o czymś, co aktualnie dzieje się na świecie zaglądam na branżową stronę. Informacje są równie rzetelne, pisane przez specjalistów z danej dziedziny i aktualne. Na książkę musiałabym trochę poczekać, a byłoby to marnotrawstwo papieru. I tyczy się to zarówno nowinek literackich, tematów związanych z bezpieczeństwem, EURO 2016 czy plotkami z show biznesu. W dodatku są łatwo dostępne, bo teraz Internet jest dosłownie wszędzie! Łatwiej mi podczas wykładu wejść na telefonie na stronkę i poczytać coś ciekawego, nie tylko Pudelka, niż otworzyć książkę i czytać. Odkąd mój rocznik został podzielony na specjalizacje i jest mniej osób, ten proceder jest niestety utrudniony. A szkoda... 

Wnioski?

Wnioski nasuwają mi się głównie po ostatniej części tekstu. Patrząc na powyższy wykres z niebieską linią spadającą w dół, każdy prawilny obywatel doszedłby do wniosku, że jeśli ktoś nie czyta powyżej trzech stron maszynopisu znaczy, że nie czyta w ogóle. Książki były, są i będą. Kropka. Cieszy mnie, że siedząc w busie czy pociągu widzę wpatrzonych w kartki czy czytniki ludzi oraz to, kiedy mogę pożyczyć, albo chociaż polecić komuś wartościową wg mnie pozycję do przeczytania. Mamy okres rozwoju wszelakich technologii, ludzie czytają prasę i wiadomości zamieszczane w Internecie. Nie jest czymś zadziwiającym, że wszyscy z tych dóbr korzystamy. Ja też. Zdarza mi się nie czytać przez jakiś czas (czasem dłuższy czas. Przykład? W lutym nie przeczytałam ani jednej strony książki), a powodów tego jest mnóstwo - chociażby brak warunków, pozycje, które są nieciekawe, nie z mojego ulubionego gatunku czy po prostu trudno dostępne (jeśli są to starsze wydania), i przede wszystkim brak czasu na kilkadziesiąt stron (bo w końcu to książka, nie opłaca się czytać pięciu). W końcu moje życie nie polega na wiecznym czytaniu książek, to bardzo przyjemny dodatek. Mam swoje życie - studia, pracę, inne hobby, treningi, obowiązki, które dzielę na dwa miasta i dwa domy, rodzinę, przyjaciół i chłopaka, a i tak zawsze musi znaleźć się coś co sprawi, że moje plany pójdą w pizdu. Wtedy zapominam, że w torebce niemal zawsze mam jakąś książkę. Bo kto to widział, żeby np. na szkoleniu sędziowskim zachwycać się miłością Jane i Pana Bingleya? Są chwile, kiedy na czytanie nie starcza mi już nie tyle czasu, co siły. Zdarza się, że wracam po 20:00 z uczelni i wtedy coś, co uważam za prawdziwe osiągnięcie to zrobienie jakiejś kolacji i wzięcie prysznica.  Ale czy to znaczy, że nie czytam? Wręcz przeciwnie! Czytam kiedy tylko mogę. W pociągu, busie, kolejkach w urzędach czy u lekarza. Ale czytam też ciekawe artykuły z wielu źródeł zawsze wtedy, kiedy po książkę sięgnąć nie mogę. I robi tak wiele osób. Czy czują się gorsi bo nie czytają czegoś co ma kilkaset stron? Wątpię. Owszem, każdy (czyt. każdy zwolennik książek) chciałby, żeby Polacy czytali więcej tych papierowych cudeniek. Ale czy serio możemy mówić, że jest tak tragicznie z poziomem czytelnictwa tylko dlatego, że głównym obiektem zainteresowania nie są obecnie już tylko książki? Póki nie ograniczamy się ze swoimi ambicjami tylko do Pudelka i innych tego typu stron, a sięgamy po ciekawe artykuły w prasie papierowej czy internetowej, czuję się szczerze mówiąc całkiem spokojna. Owszem, na tle innych krajów wypadamy tak,  jak blada dupa wśród opalonych latynoskich tyłków, a powody takiego stanu rzeczy można mnożyć. Ale nie pokuszę się o ich wymienianie; każdy człowiek względnie myślący na kilka z nich wpadnie. Rozejrzyjmy się wokół siebie! Bo naprawdę, sądzę, że nie jest tak tragicznie jak mogłoby się wydawać.

Jak myślicie? Czy według Was poziom czytelnictwa w Polsce jest naprawdę tak zły, jak pokazują te badania?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Cześć, witam Cię w moim małym pieprzniku! Chętnie poznam Twoje zdanie na różne tematy; skargi, wnioski i konstruktywne raklamacje również. Zapraszam do komentowania, będzie mi bardzo miło! ;)

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka