Moje pierwsze spotkanie z futbolówką miało miejsce na boisku niedalekiego zespołu szkół ponadgimnazjalnych. Miałam wtedy jakieś pięć lat, i na doczepkę musiałam wychodzić na podwórko ze starszym bratem. Wiadome - nie weźmie mnie to nie wyjdzie, więc się godził, ale ani jednemu, ani drugiemu jakoś się ta perspektywa nie uśmiechała. Pięciolatka w towarzystwie rok czy dwa lata starszych chłopaków to w końcu piekło (tak, tak, rok różnicy to w tym wieku przepaść nie do przeskoczenia). Zabrali mnie na boisko i brakowało im jednej osoby do składu. Zamiast siedzieć na tyłku, zostałam postawiona na bramce z jednym zadaniem: stój tu sobie, bo ktoś musi, a gdyby leciała w Twoją stronę - broń...
