Pomysł na ten post narodził się wczoraj podczas podróży pociągiem. Czytałam sobie podpisaną tydzień temu Strategię Bezpieczeństwa Narodowego i nagle coś sobie uświadomiłam - pierwszy raz od dłuższego czasu nie czytałam w pociągu/autobusie/whatever książki, którą miałam w torebce, tylko kilkadziesiąt stron o działaniach obronnych, podsystemach środowiska bezpieczeństwa Polski i innych tego typu sprawach, które każdy student bezpieczeństwa wewnętrznego teoretycznie znać powinien.
Niemniej, zdałam sobie sprawę, że jednorazowo obaliłam stereotyp książkoholika - jeden z tych, do których się bez bicia przyznaję. Mam ich kilka - zawsze mam przy sobie książkę, staram się podpatrzeć co ktoś czyta, ukradkiem zdarza mi się wąchać książki i marzę o wielkiej bibliotece w moim przyszłym domu. Są jednak takie, pod którymi podpisać się nie mogę i/lub nie chcę i nie czuję, ażeby ujmowały mi one mojej miłości do książek...
1. W tym miesiącu przeczytałam 3419746(...) książek...
No dobra, liczba troszkę przekoloryzowana, ale chodzi o samą regułę. Powiedzcie mi, kto z Was miał ostatnio czas, ażeby z pełną uwagą i zrozumieniem przeczytać więcej niż trzy, w porywie cztery książki w miesiącu? Niestety, nie ja. Nie rozumiem ludzi, którzy są w stanie przeczytać ich siedem lub więcej - nie wiem wtedy czy im zazdrościć, czy współczuć, gdyż przyczyny takiego stanu rzeczy nasuwają się trzy:
- mają za dużo wolnego czasu (nie pracują, nie uczą się, itp.);
- kłamią w swoich statystykach ażeby uchodzić w oczach innych za bardziej oczytanych niż są w rzeczywistości;
- nie mają życia.
Ten ostatni punkt dotyka mnie najbardziej. Każdy, kto uwielbia książki chciałby czytać je w dużej ilości, ale kiedy? W końcu mamy szkołę/studia/pracę, rodzinę, przyjaciół i obowiązki - są sytuacje, kiedy książka stojąca na półce musi na mnie poczekać. Mam ciężkie dni, po których wracam zmęczona i nie starcza mi sił aby po tę książkę sięgnąć (ewentualnie, jak już sięgnę to zasypiam przy trzeciej stronie). Rzadko kiedy zdarza mi się też zarywać nocek ze względu na lekturę - musi być cholernie wciągająca. Od książek, choć cenię je i uwielbiam, nie powinniśmy wg mnie uzależniać swojego życia.
2. Czekam na premierę...
No właśnie - ja nie czekam, przynajmniej zazwyczaj. Zauważam ostatnio (wśród blogerów najczęściej, co jest naturalne, ale nie tylko wśród nich) dziwny trend podążania ślepo za czytelniczymi nowościami. I o ile mi również zdarza się czekać na przykład na najnowszą powieść Kinga czy Schmitta, to nie czuję wewnętrznej potrzeby zaznajamiania się z nowościami aż tak szybko. Zauważam u siebie tendencję do czytania książek, kiedy nie ma już wokół nich takiego szumu, jak również do cofania się wstecz i szukania książek starszych czy też do sięgania po klasykę literatury... Dlaczego?
Mówi się, że nieważne co czytasz, ważne, że czytasz. Do niedawna ten punkt widzenia podzielałam w stu procentach. Powyższa obserwacja zmieniła trochę mój punkt widzenia. Zaczęłam jednak dostrzegać książki, o których zaczynamy zapominać. W dawnych szkolnych lekturach, których nienawidziłam dostrzegam pozytywy, klasyka mnie przyciąga... Kwestia wieku? Zmiany priorytetów? Nie wiem, ale zaczynam sądzić, że aby w pełni doceniać współczesną literaturę, powinno się docenić również tę starszą - w końcu, co by było gdyby nie ona?
Inna sprawa, że dobrze jest zwracać też uwagę na to co czytamy. Podążamy ślepo za każdym tytułem jaki usłyszymy, ale nie weryfikujemy, czy to coś może być dobre, przydatne dla nas, interesujące, zaskakujące...
"Powiedzmy sobie szczerze: umiejętność czytania polega na selekcji. O wiele więcej skorzysta czytelnik kilku dogłębnie przeczytanych książek niż ktoś, kto niczego po przeczytaniu setek nie pamięta. Nie da się przeczytać wszystkiego i uświadomienie sobie tego prostego faktu idzie w parze z pogodzeniem się z własną skończonością. To jest wyzwalające odkrycie."
3. Podczas czytania najchętniej piję...
No właśnie... Zapewne większość odpowiedziałaby: kawę, herbatę, kakao, tudzież inny gorący napój. I o ile również nie jest mi obce towarzystwo parującego kubka podczas przyjemnej lektury, najchętniej czytam... przy piwie. Takowa aktywność należy u mnie do rzadkości, ale cieszy mnie myśl zimnego piwa do rozgrzewającej moje komórki mózgowe i zmysły książki. Wynika to generalnie z dwóch powodów: najważniejszy jest taki, że napoje gorące mogę pochłaniać hektolitrami i denerwuje mnie odrywanie się od czytania tylko po to, ażeby zrobić sobie na przykład nową herbatę (czasem nawet dzbanek okazuje się za mały). Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, smakiem piwa wolę się delektować i starcza mi na cały czas czytania. Drugi jest prosty: któż go nie lubi? :)4. "Nie zaginaj książkom rogów, bo narobisz sobie wrogów!"
A co, jeśli ja lubię zaginać rogi w swoich książkach? Albo bazgrać po nich ołówkiem? No, ale bez przesady, nie wszystkie. O ile książki cudze i wypożyczane z bibliotek pozostawiam w spokoju, bronię ich jak lwica i nie dopuszczam do najmniejszych zagięć, to moje osobiste, przeczytane przeze mnie pozycje książkowe mają pełno pozginanych rogów, karteczek w środku i zaznaczonych ołówkami cytatów. Nie mam też oporów przed pożyczaniem książek innym, mimo ryzyka ich zagubienia czy zniszczenia (tutaj problem jest akurat z doborem ludzi, którym decydujemy się tenże skarb pożyczyć). Dlaczego? Otóż, wychodzę z założenia, że książka musi żyć. Te wszystkie zagięcia, ze zaznaczenia... To trochę tak, jakbym zostawiała ślad między słowami, kawałek siebie...
"Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana."
5. "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka."
No dobra, nie chodzi tutaj stricte o relacje damsko-męskie, lecz w ogóle o interakcje społeczne. W końcu, z ręka na sercu, książkoholik będzie traktował z - lekką, bo lekką, ale zawsze - niższością osobę, która nie czyta tak dużo jak my bądź jedyne co czyta to okładki? No właśnie - zapewne zdarzyło się to każdemu z nas, czytających przynajmniej raz. Zamykamy się w środowisku ludzi czytających, a kto powiedział, że ktoś oglądający filmy nie może być ciekawym rozmówcą?
Wychodzę z założenia, że każdy czyta, tylko potrzebuje czegoś, co mu się spodoba. Utwierdził mnie w tym przykład mojego brata, którego od jakiegoś czasu nie mogę oderwać od powieści Kinga, a kiedyś cudem było zobaczenie go z książką. Dla każdego jest nadzieja! :)
Inna sprawa jest taka, że obcowanie z kimś, kto nie czyta jest pełne pozytywów, naprawdę! Poczynając od tego, że wydajemy się mądrzejsi w ich oczach, przez to, że nie zostaniemy zbrukani za nieprzeczytanie czyjejś ulubionej książki aż po wspaniałe wyzwanie - bo w końcu może ktoś dzięki Wam zacznie czytać.
Zapewne i od tych reguł, których zazwyczaj nie przestrzegam, znajdą się wyjątki, ale co tam! Koniec końców i tak mogę z dumą powiedzieć, że kocham książki.
Jak jest z Wami? Obalacie jakieś stereotypy książkoholika?



Z tego co wiem, to alkohol raczej niszczy szare komórki, lecz w małej ilości ponoć nic nie szkodzi ;). Nie można, w sumie zapominać o zbawiennym wypływie dopaminy, która wydziela się z każdym łykiem złocistej ambrozji :).
OdpowiedzUsuń#5
Problem "czytania" jest dość powszechnym zagadnieniem współczesnej kultury. Po części jest to często kwestia zwykłego lenistwa, a także dostępności mediów wypierających literaturę. Przecież łatwiej i wygodniej jest w wolnym czasie siąść przed telewizorem, bądź odpalić "kolejną bzdurną stronę z memami", niż sięgnąć po wartościową książkę :) ...
Pozwól, że skomentuję też w punktach. :)
OdpowiedzUsuń1. Niewykonalne. Nie wiem, jak ludzie to robią. Bywają takie miesiące, w których uda mi się przeczytać tylko jedną. Pewnie nie powinnam się przyznawać, w końcu prowadzę blog. Poza brakiem czasu jest jeszcze jedna rzecz, wcale nie lubię się tak spieszyć, czasem przeczytam kawałek i godzinę bujam w obłokach. Tak jest przyjemniej. Za to jestem wybrednym czytelnikiem. Książka musi być dobra (tzn. musi istnieć przypuszczenie, że jest dobra), żebym po nią sięgnęła. Życie jest za krótkie, żeby można je było ot tak marnować na słabe książki. Niedawno koleżanka próbowała namówić mnie na erotyki "bo to niby głupie, ale takie relaksujące". Nie pojmuję tej logiki. Tylko bym się denerwowała, że coś jest tak słabo napisane. Jeśli jestem za bardzo zmęczona, żeby czytać coś lepszego, to już wolę coś obejrzeć, nich sobie mózg pośpi.
2. To raczej nie czytelnicy, a działy promocji wydawnictw, które opychają nowości blogerom.
3. Spożywam alkohol przy czytaniu. Może nie czystą, ale piwo i wino bardzo często. Niektórzy się dziwią, no bo jak to tak pić samemu. :)
4. Zaginam, bazgrzę... Pełny serwis.
5. Do łóżka mogłabym rozważyć, ale do ołtarza tobym z nieczytającym nie poszła. A tak serio, ja wiem, że są na świecie inteligentne osoby, które czytać nie lubą i czytające barany. Rzecz tylko w tym, że statystycznie najmądrzejsze osoby, jakie znam czytają, a najgłupsze - nie. Czytanie lub nieczytanie można nawet wyłapać ze słuchu, Zauważyłam jakiś czas temu, że nieczytający posługują się zwykle krótszymi i prostszymi zdaniami niż czytający. W końcu naśladujemy język, z którym na co dzień mamy do czynienia.
Jeśli chodzi o punkt pierwszy to mam podobnie. Jak widzę obszerne listy przeczytanych przez innych książek to zawsze moja lista (można by powiedzieć "listuniunia";)) zawsze wypada blado.Tylko, że przez 8 godzin dziennie pracuję i moja praca nie jest związana z książką. Dwie godziny dziennie zajmuje mi dojazd do pracy samochodem. No i dochodzi ogólne "ogarnięcie" życiowe, które trzeba wykonać, by żyć ;) Przede wszystkim jakość tego co czytamy, a nie ilość ma znaczenie. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńNiektórzy czytają szybko (nie ja), korzystają z każdej wolnej chwili, jazdy środkiem transportu, przerwy między zajęciami (nie ja) i ogarniają... Więc tutaj naprawdę nie można kogoś oceniać czy krytykować. Z resztą się zgadzam w większym bądź mniejszym stopniu. Wprawdzie podczas czytania raczej nic nie piję i nie jem, ale piwo nie byłoby złe :D
OdpowiedzUsuń