Często bywa tak, że pragniemy tego, czego nie mamy. Problem pojawia się jednak, gdy mając wszystko, pragniemy jeszcze więcej. Taką sytuację dokładnie obserwujemy czytając "Pieśń o poranku" Paulliny Simons.
Larissa Stark ma życie idealne - jest dobrze sytuowana, ma przystojnego i dobrze zarabiającego męża, trójkę wspaniałych dzieci. Stać ją na to, by mimo codziennych obowiązków znaleźć czas na zakupy i przyjemności. Jest piękna i mimo swoich czterdziestu lat przyciąga spojrzenia mężczyzn... Również tych dwudziestoletnich. Przypadkowe spotkanie z jednym z nich sprawia, że Larissa staje się nie tylko matką i żoną, lecz także kochanką....
Szczerze mówiąc, nie byłam przekonana co do tej pozycji. Pierwsze 150 stron było dla mnie katorgą... Miałam wrażenie, że autorka pląta się w narracji, a wszystko jest chaotyczne. Zwrot nastąpił zaraz po tej magiczne granicy stron. Zaczęłam wciągać się w historię zawartą w powieści.
"Pieśń o poranku", mimo mojej początkowej niechęci, cechuje dobra narracja, co jakiś czas postrzegająca świat przedstawiony z perspektywy innych bohaterów. Bardzo dobrym zabiegiem były listy wysyłane przez przyjaciółkę głównej bohaterki. Poznajemy w nich inny, bardziej surowy świat, który choć na chwilę odciąga nas od problemów Larissy. Ponadto, bardzo dobrze łączą się w pełną, logiczną całość końcem powieści.
Poza główną bohaterką postacie raczej nie zachwycają. Dziwi mnie, że to powiem - to bardzo dobrze. Przynajmniej w tym wypadku. Bohaterowie są tłem dla Larissy i jej dylematów, które są głównym tematem powieści; nie narzucają się swoimi rozmyślaniami i problemami mimo, że tych również nie brakuje. Nie oznacza to jednak, iż główna bohaterka wzbudza we mnie przyjazne uczucia - wręcz przeciwnie! Nie umiem, choć próbowałam, wykrzesać wobec niej choć odrobiny współczucia. Tylko przez to, że w łóżku z dwudziestolatkiem czuje się młodsza rujnować to, co budowało się przez większość swojego życia? Delikatnie rzecz ujmując, nie uważam zostawienia rodziny dla chwilowej zachcianki za coś godnego choćby odrobiny szacunku.
Ale może właśnie o to chodziło autorce? Żeby wzbudzić w Czytelnikach takie, a nie inne emocje? Po przeczytaniu książki można dojść do wniosku, że to nie romans, lecz dramat psychologiczny i rodzinny. Obserwujemy dylematy (bądź ich brak) głównej bohaterki, sami zastanawiając się nad tym, jak my byśmy postąpili. Co jest dla nas w życiu najważniejsze? Czy tak jak Larissa mielibyśmy odwagę porzucić rodzinę dla chwil uniesienia? Czy na pewno wiemy wszystko o bliskich nam osobach?
Po bardzo optymistycznych opiniach spodziewałam się czegoś lepszego, jednakże czytywałam już książki zdecydowanie gorsze. Pozycja Paulliny Simons pozwala przynajmniej zastanowić się nad pytaniami, które ta lektura niewątpliwie stawia. Mimo, iż "Pieśń o poranku" wydaje się być typowo kobiecym czytadłem, wydaje mi się, że tego typu lektura przydałaby się każdemu, kto ma na tyle cierpliwości by przebrnąć przez początkowe strony.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Cześć, witam Cię w moim małym pieprzniku! Chętnie poznam Twoje zdanie na różne tematy; skargi, wnioski i konstruktywne raklamacje również. Zapraszam do komentowania, będzie mi bardzo miło! ;)